Po pierwsze to wrzucę foty z imprez wspomnianych, później wezmę się za podsumowania, o ile będę jeszcze na siłach.
Najpierwej foty z kurturarnej nasiadówki domówki, przy kubkach zamiast kieliszków do wina, masie sałatek, ogólnie imprezą władał majonez, ale nikt nie narzekał, bo nie wypadało. Każdy przyniósł coś swojego.

Na dobry początek piękne muffinki made by Lil. Były równie pyszne co ładne.

Jak u cioci na imieninach. Jaja oczywiśnie w majonezie.
W tym miejscu powinno być foto barszczu made by me, myself & I ;> (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi i może nawet zaśmieją się troszeczkę)

Uli sałatka warstwowa. Dobra, dość o jedzeniu, bo głodnam.

Ile kobiet widzisz na zdjęciu? To dodaj jeszcze 3. Była klęska urodzaju płci pięknej, ale mężczyźni nadgonili urokiem :)


Pit udawał, że mu wino nie smakuje. Nikt nie uwierzył.

Ulcia i obierki… mandarynkowe.

Kończąc – pikne foto z Pitem. W tym momencie miałam jakieś 39 stopni gorączki, było nieźle.
Ogólnie impreza udana bardzo, pomieściliśmy się sprytnie w 11 osób przy dwóch małych stołach, dużo śmiechu, wina i grypa chodząca, czyli ja.
Teraz mili państwo czas na zielonogórską pasterkę uwiecznioną w kilku kadrach, których opisywać mi się już nie chce.
Jak co roku, tuz po wigilii robimy pasterkę, od trzech lat wypada na Palmiarni, zawsze są mandarynki, jakieś ciacha i wymiana prezentów. W tym roku doszło jeszcze wino z gwinta, poniewuż nie byłam zmotoryzowana. Enjoy.

Dobra, nie mogłam się powstrzymać, aby nie skomentować zdjęcia łosia otwierającego wino. No dobra, renifera.

Haters gonna hate.




Przyjechały Misie z zg 30.12, sylwestra spędziliśmy u Uli i Pita, w kameralnym gronie, był to sylwester całkiem inny od poprzednich, nie było przebierania, szaleństw do białego rana, ale było świetnie. Spokojnie weszłam w Nowy Rok, co nie oznacza, że chcę aby tak wyglądał 2011. I nie będzie.

Dzieci i ich atomowe zabawki. Żadne zwierze nie ucierpiało, ani nie urwało nikomu twarzy.

Szampan jak to szampan powinien strzelić. Ten kulturalnie się otworzył, podejrzewamy, iż był to szampan prawdziwy a nie winopodobny napój musujący.

Ale kopało.

Moje najlepsze dwa prezenty noworoczne.



„Stary…. mówię ci, taaaaki duży był…ten karp.” :>

Halo halo Mietku, łączymy z Australią, żałuj, że nie ma Cię z nami… :*

Jak nienawidzę tego tekstu, to samo mi się ciśnie: „Ze mną się nie napijesz?” Zorientowani w temacie wiedzą, że ze mną pić warto, więc pytać nie muszę.

Zdjęciem grupowym kończę pokaz slajdów. Aparata dzierżył Pit, wyimaginujcie go sobie.
Rok 2010 w yt:
1) styczeń, luty marzec:
Czas, kiedy podjęłam decyzję o wyprowadzce do Krakowa, skończyłam pracę w O oraz ukończyłam zawodowy kurs masażu.
2) kwiecień, maj:
Czas pożegnań z najbliższymi (jak to poważnie brzmi), pożegnania Trytona, zlotu w Rothenburgu, szalonych imprez i przeprowadzki do miasta kraka. Od tej pory zaczęłam wychodzić na pole i mówić „czy” zamiast trzy i „troszki”.
3) czerwiec, lipiec, sierpień:
Rozpoczynam pracę, romans, przeprowadzka do Lil i Agi na Dywizjonu 303, przemeblowanie, urlop w zg, świetne imprezy, co tu dużo mówić – lato.
4) wrzesień, październik, listopad:
Praca, pogrzeb dziadka, brak pracy, poszukiwanie nowej. Nawet się udało. I gdzieś tam znów przeplata się ZG i bliskie stworki stojące za mną murem. Za to Wam dzięki stokrotne. Nikt nigdy jak Wy mi. Zwłaszcza Ty. Listopad był przełomowy. Zawsze jesień mi sprzyjała.
5) grudzień:
I feel better :) poza tym wszystko, co w grudniu się działo jest powyżej.
Bywajcie zdrów. Peace.
Filed under: casualowe | Zostaw Komentarz »