Popatrz

…Dudku, jaki los jest przewrotny… gdyby nie pewne decyzje, pewnych ludzi to dziś właśnie, nie byłabyś w tym miejscu, gdzie jesteś, nie podjęła takich, czy innych decyzji, ale wiem, piszę masło maślane i oczywistą oczywistość niczym „bóg” Coelho.

Ale sam fakt, jak zmieni się moje życie w tym roku przyprawia mnie o zawrót głowy, dokładnie taki, jaki odczuwam w tym momencie, wypiwszy butelkę różowej Nitry z 2008 roku…

Teraz, czytając poprzedni wpis nie mogę się oprzeć myśli, że jestem jasnowidzem czy innym wróżem Marianem. Wiedziałam, że rok 2012 zacznie się mocno, ale nie sądziłam, że już pierwszego dnia :) radośnie obmyślam, jak ogarnąć ten chaos, pytania innych zostawiam bez odpowiedzi, a ciekawskie spojrzenia zbywam uśmiechem. Bawię się tym wszystkim i czuję kurewską satysfakcję.

Gdyby nie pewne spotkanie w 2010 (również na początku), decyzja o przeprowadzce, to nie byłoby tego wszystkiego. Nierealne. Jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

Teraz wiem, że 2011 był tylko poczekalnią, gdzie gwiżdżąc i tupiąc nogą, trzymając jednocześnie ręce w kieszeniach, czekałam na ekspress, który teraz zawiezie mnie w nieznane. So cool. I tak, jestem hurraoptymistą, nienawidzę czekać, działam spontanicznie i bez myślenia, ale zawsze wychodzi na moje.

Ekspress pędzi, noga tupie tylko przy dobrej muzie, na ustach uśmiech. Pęd, wieczny pęd… i wiatr we włosach ;) Niech się dzieje. Pozdrawiam ciepło.

2011

Miał być inny i był – bogaty w nowe doświadczenia, nową pracę, miliony nowych ludzi wartych i niewartych uwagi, w miłostki i miłości, w romanse i rozstania, czasem rozczarowujący, czasem dodający skrzydeł, wierzę, że nowy będzie jeszcze lepszy, mocniejszy i na pełnym gazie (ale już bez mandatu;)).

Dzięki dla tych co byli, są i dla tych, którzy będą, dla mojej Siostry, która choć daleko, to zawsze jest „przy mnie”, dla ludzi, na których zawsze, bez wyjątku mogę polegać, dla współpracowników i dla mojego Anioła.

Za każdym razem – to nie koniec – to dopiero początek.

List motywacyjny

Szanowni Państwo, o możliwości podjęcia pracy w Państwa firmie dowiedziałam się z jednego z tysiąca przeglądanych codziennie na portalu x ogłoszeń. Mimo wszystko postanowiłam zniżyć się do poziomu żuka gnojnika i zgłosić swoją kandydaturę na stanowisko przydupasa lizodupca/kombajnu do zbierania bawełny albo innej, bardzo przydatnej osoby, którą mogę być, ukończywszy szkołę wyższą. (niepotrzebne skreślić)

Firma A doskonale przygotowała mnie do pracy na wyżej wymienione stanowisko. Kłamanie klientkom, że wyglądają dobrze w tej paskudnej sukience w panterkę wychodziło mi perfekcyjnie. Przez ponad półtora roku robiłam również za woźnego, ochroniarza oraz sprzątaczkę mimo iż nie było to wpisane w szereg moich obowiązków, dlatego też uważam, że idealnie wpisuję się w ramy wymienionych przez Państwa wymogów koniecznych takich jak: podzielność uwagi, samodzielność oraz dbałość o porządek w miejscu pracy.

Dzięki pracodawcy B przeszłam prawdziwą szkołę życia, dlatego uważam się ekspertem w dziedzinie mobbingu oraz zachowań asertywnych. Rzecz jasna nie z mojej strony. Nie jest mi obca praca pod presją czasu oraz w stresie, co również uważam za atut, biorąc pod lupę Państwa ogłoszenie.

Firma C, dzięki zaległym fakturom wykształciła u mnie umiejętność świecenia oczami nawet podczas rozmowy telefonicznej. Również dzięki licznym szkoleniom biegle władam łaciną podwórkową.

Dodatkowo pragnę nadmienić, iż że jestem osobą naiwną, nie znającą kodeksu pracy, a z racji iż nie posiadam życia osobistego – w pełni dyspozycyjną. Myślę, iż praca u Państwa byłaby dla mnie wyzwaniem jak i skutecznym połączeniem obowiązków z zainteresowaniami takimi jak sklejanie modeli czy garncarstwo wyczynowe. Niniejszym listem motywacyjnym (którego i tak nikt nie przeczyta) uprzejmie padam na kolana, całuję stópki i błagam o pozytywne rozparzenie mojej kandydatury, ja niżej podpisana i nic nie znacząca.

 

XXX

 

Szczerość, to za mało.

Podróże kształcą. Nawet jeśli są via net. Dużo wniosków, planów. W planach mam na ten przykład wygrać w lotka i to już niebawem. Tak, jestem jedną z nielicznych, przyznających się do uwielbienia do lenistwa osób, która lubi, jak udaje się coś zajebistego i trwałego niedużym wkładem własnym.

Ostatnio miałam niespodziewaną wizytę, która zaowocowała lekkim upojeniem i potrzebą większego, ale to już  w lutym. W ogóle luty będzie owocny w wizytacje i imprezy, co cieszy mnie niezmiernie, bo już mam dość siedzenia w domu jak ta pipka grochowa.

W zeszłą niedzielą wybrałam się z Agą na spacer, poszłyśmy na Wawel. Pogoda sprzyjała, ludzi dużo, dobry nastrój dopisywał. Nawet wyszło kilka fotek, jakość nie zachwyca, ale jak na telefon to i tak sporo dało się wyciągnąć.

A to foto sprawiło, że mam ochotę podkraść tacie stary aparat i [pośmigać szaleńczo po uliczkach Krakowa. Kocham to miasto.

A z rzeczy mniej przyziemnych to chciałabym mieć teleport. I już. Próbowałam wchodzić kilka razy do szafy z nadzieją, że wyjdę w miejscu docelowym, ale niestety, widać znikanie moich rzeczy zeń nie ma nic wspólnego z funkcją przemieszczania się gdzie bądź. Tyle na dziś. Przedpokój.

 

 

PS. Od następnej notki będę opisywać swoje życie jako samotnej, bitej matki cierpiącej na urojone macierzyństwo chorego dziecka. Też chcę wygrać laptop w następnej edycji Blog Roku.

wigilia na dywizjonu, pasterka w zg i sylwester w krk, czyli jak zakończyłam szaleństwa 2010.

Po pierwsze to wrzucę foty z imprez wspomnianych, później wezmę się za podsumowania, o ile będę jeszcze na siłach.

Najpierwej foty z kurturarnej nasiadówki domówki, przy kubkach zamiast kieliszków do wina, masie sałatek, ogólnie imprezą władał majonez, ale nikt nie narzekał, bo nie wypadało. Każdy przyniósł coś swojego.

Na dobry początek piękne muffinki made by Lil. Były równie pyszne co ładne.

Jak u cioci na imieninach. Jaja oczywiśnie w majonezie.

 

 

 

 

 

 

W tym miejscu powinno być foto barszczu made by me, myself & I ;> (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi i może nawet zaśmieją się troszeczkę)

Uli sałatka warstwowa. Dobra, dość o jedzeniu, bo głodnam.

Ile kobiet widzisz na zdjęciu? To dodaj jeszcze 3. Była klęska urodzaju płci pięknej, ale mężczyźni nadgonili urokiem :)

Pit udawał, że mu wino nie smakuje. Nikt nie uwierzył.

Ulcia i obierki… mandarynkowe.

Kończąc – pikne foto z Pitem. W tym momencie miałam jakieś 39 stopni gorączki, było nieźle.

Ogólnie impreza udana bardzo, pomieściliśmy się sprytnie w 11 osób przy dwóch małych stołach, dużo śmiechu, wina i grypa chodząca, czyli ja.

 

Teraz mili państwo czas na zielonogórską pasterkę uwiecznioną w kilku kadrach, których opisywać mi się już nie chce.

Jak co roku, tuz po wigilii robimy pasterkę, od trzech lat wypada na Palmiarni, zawsze są mandarynki, jakieś ciacha i wymiana prezentów. W tym roku doszło jeszcze wino z gwinta, poniewuż nie byłam zmotoryzowana. Enjoy.

Dobra, nie mogłam się powstrzymać, aby nie skomentować zdjęcia łosia otwierającego wino. No dobra, renifera.

Haters gonna hate.

Przyjechały Misie z zg 30.12, sylwestra spędziliśmy u Uli i Pita, w kameralnym gronie, był to sylwester całkiem inny od poprzednich, nie było przebierania, szaleństw do białego rana, ale było świetnie. Spokojnie weszłam w Nowy Rok, co nie oznacza, że chcę aby tak wyglądał 2011. I nie będzie.

Dzieci i ich atomowe zabawki. Żadne zwierze nie ucierpiało, ani nie urwało nikomu twarzy.

Szampan jak to szampan powinien strzelić.  Ten kulturalnie się otworzył, podejrzewamy, iż był to szampan prawdziwy a nie winopodobny napój musujący.

Ale kopało.

Moje najlepsze dwa prezenty noworoczne.

„Stary…. mówię ci, taaaaki duży był…ten karp.” :>

Halo halo Mietku, łączymy z Australią, żałuj, że nie ma Cię z nami… :*

Jak nienawidzę tego tekstu, to samo mi się ciśnie: „Ze mną się nie napijesz?” Zorientowani w temacie wiedzą, że ze mną pić warto, więc pytać nie muszę.

Zdjęciem grupowym kończę pokaz slajdów. Aparata dzierżył Pit, wyimaginujcie go sobie.

Rok 2010 w yt:

1) styczeń, luty marzec:

Czas, kiedy podjęłam decyzję o wyprowadzce do Krakowa, skończyłam pracę w O oraz ukończyłam zawodowy kurs masażu.

2) kwiecień, maj:

Czas pożegnań z najbliższymi (jak to poważnie brzmi), pożegnania Trytona, zlotu w Rothenburgu, szalonych imprez i przeprowadzki do miasta kraka. Od tej pory zaczęłam wychodzić na pole i mówić „czy” zamiast trzy i „troszki”.

3) czerwiec, lipiec, sierpień:

Rozpoczynam pracę, romans, przeprowadzka do Lil i Agi na Dywizjonu 303, przemeblowanie, urlop w  zg, świetne imprezy, co tu dużo mówić – lato.

4) wrzesień, październik, listopad:

Praca, pogrzeb dziadka, brak pracy, poszukiwanie nowej. Nawet się udało. I gdzieś tam znów przeplata się ZG i bliskie stworki stojące za mną murem. Za to Wam dzięki stokrotne. Nikt nigdy jak Wy mi. Zwłaszcza Ty.  Listopad był przełomowy. Zawsze jesień mi sprzyjała.

5) grudzień:

I feel better :) poza tym wszystko, co w grudniu się działo jest powyżej.

Bywajcie zdrów.  Peace.

 

Nie wiedziałam…

Pamiętam jak dziś… pierwsza klasa, relacja zg-krk, nie miałam pojęcia, co mnie wtedy spotka, nie sądziłam, że jeden wyjazd, na kilka dni, odmieni całe moje życie.

La Roux, Kosheen, Imogen Heap, później 4 dni z Chillizet, pieprzne dni i noce, prasowanie, picie, jedzenie, kochanie, alchemia, czysta magia… 4 dni. To mogłyby być moje dni świstaka, mogłabym nigdy się już z tego nie wyplątać. Ale postanowiłam ruszyć, nie żyć tylko tymi wspomnieniami, choć jest trudno i nie mam żalu do niego, bo przeżyłam w końcu coś niezwykłego.

A teraz 2011 wielkimi krokami się zbliża i tak jak bardzo chcę, by już 2010 się skończył, to kurewsko nowego się boję.

moje życie w trasie

Bo moje życie to wieczne wycieczki, jeszcze do niedawna w przeszłość, teraz już raczej dosłownie – po Polsce. Tydzień temu odwiedziłam Warszawę. Miałam okazję przejechać się metrem w te i nazad, podobnież komunikacją naziemną.

Zaliczyłam kilka topowych miejsc w stolicy, piłam przepyszną truskawkową margaritę, zapominałam o tym co przeszłe i mało istotne. Mój Haloween bardziej przepędził demony niż się im poddał.  Pogodziłam się z pewnymi faktami, inne przyjęłam;  zostały one wprost rzucone mi w ramiona. Ku mej uciesze.

Lubię siebie teraz bardziej niż przez ostatnie kilka miesięcy. Mimo iż wciąż poszukuję pracy i wkurwiam się na te wszystkie oferty, widząc w nich same błędy, literówki, podteksty i inne chuje muje. Jeszcze im pokażę, jeszcze im dokopię w te stare zboczone, porośnięte niespełnionymi marzeniami tyłki.

Czekam na pierwszy śnieg. By móc zobaczyć te wszystkie zniesmaczone miny krakowskich malkontentów i zaśmiać się im w twarz. Życie jest piękne. Mówiłam, że ten rok wiele w moim życiu zmieni, patrzyłam jednak wtedy w nieco innym kierunku. Wszystko jest po coś. Gdyby nie ostatnie 10 miesięcy, pewnie nie umiałabym docenić tego, co dostaję dziś. Pewnie nie było by mi dane tego zasmakować.

„I gdyby teraz w drzwiach nagle stanął zielony ufoludek, to kurwa, bym się wcale nie zdziwił.”

miejsce: Frida – la bandera, margarita, pyszne jedzenie, szalona noc z szalonymi ludźmi spotykanymi gdzieś tam po drodze.

I jeszcze kilka fot z sesji w Krakowie, w moim mieszkaniu, z ulubionymi rekwizytami:

To jest moje ukochane. Taką właśnie siebie widzę. Taka byłam, taka zostanę. Smakuję winem i kocham pierdoły na rękach.

Zapomniałam wspomnieć, że zapisałam się do szkoły – dla zniżek oczywista – ale na jednych zajęciach wypadało się pojawić. I oto jestem rano, godzina 8ma (wspomnę, iż była to sobota), dowiaduję się że mam 5h zajęć z prawa cywilnego. A byłam przekonana, że jestem zapisana na coś takiego jak prace biurowe, a nie administracja. Stąd zdziwienie…

A po trzeciej godzinie wyglądałam mniej więcej tak:

A tak jeszcze wspominkowo… Jak byłam ostatnio w domu, to szukałam swoich prac. Wyszło na to, że po remoncie zachował się ten jeden z około setki szkiców… trudno widocznie tak miało być. Może i do tego powinnam wrócić?

„Wybieram wspinaczkę, bo ku niej popycha mnie serce.” Nikos Kazantzakis, Sztuka Ascezy

Piosenka pisana nocą

Dziś byłam na pogrzebie dziadka. Taki dziwny dzień, w którym musiałam twarzą w twarz stanąć z przeszłością i to nie swoją. Wytrwałam, czuję się silniejsza. Było mi o tyle łatwiej, że miałam świadomość trwania przy mnie pewnej istoty, która ostatnimi czasy robi mi tornado w głowie. Zapomniałam jak cudowne to uczucie.

Parę rzeczy uległo zmianie, ale zawsze uważałam, że zmiany są dobre. Jak bardzo na początku wszystko nie wydawałoby się do dupy. Jestem zadowolona z tego, co dotychczas osiągnęłam. Niczego nie żałuję. Po kilku miesiącach wyszłam z letargu.

Będąc w zg mam miałam okazję zajrzeć do nowo otwartego klubu Pinacolada… Było tak „wspaniale”, że nawet nie chce mi się pisać recenzji. Dosłownie wpadli – wypadli. Może innym razem. Za to SD dalej jest miejscem topowym.

W ubiegłą sobotę zaliczyłam również wesele kuzyna. Z racji pełnienia zaszczytnej funkcji szofera bawiłam się… z trzeźwym umysłem.

Nie wiem co się dzieje, że nie mogę pisać – wciąż mam tą blokadę. Za to wrzucę parę fot z ostatnich dni. Tak… ku potomności.

taka o wizja… dodam, że nie moja. Dlatego mi się podoba ;)

to ze ślubu… miałam szampański nastrój póki nie usłyszałam „zespołu”…

lubię małe dzieci…tylko długo się gotują.

to jedno z tych przed „strasznodworowych”. „Pewnie zrobiłaś czarno-białe i wystawiłaś język.” Tak zrobiłam. Lubię kiedy tak mnie znasz ;)

To na tyle. Jeśli coś nie ruszy, to pewnie do za miesiąc…

Blokada

Mam w sobie tyle przemyśleń. Kotluje się to we mnie i szlag mnie trafia, bo nic z tym nie robię. Na szczęście sam fakt, że tutaj coś skrobię podnosi na duchu, że może jednak, powolutku ruszy. Bo jak ruszy to będzie lawina. Wiem to.

Ostatnie dni spędzilam w domu odwadniając się okrutnie, ale tak to wlasnie jest, że jeżeli piorun trafi drugi raz w to samo miejsce, to akurat będę tam stala.

Z rzeczy przyziemnych to zrobilam porządek w szafie i pochowalam wszystkie letnie rzeczy, których latem i tak nie nosilam… W ramach totalnego zgeekczenia zakupilam e-papierosa. Jutro dzień próby. I tak, próbuję zerwać z nalogiem, a że w planach mam pisanie więcej i częściej, co sprzyja nikotynowemu upojeniu, to muszę znaleźć substytut. Brrr brzydkie slowo.

W ramach odblokowania się i ulożenia tego chaosu w mojej glowie, idę zaraz pobiegać. Weszlo krew i teraz brak bezsensownego przebierania kulasami doskwiera.

Ok, odważylam się, wyszlo grafomańsko, w dodatku irytuje mnie fakt, iż moja wybrakowana klawiatura sprzeciwia się literce „ł” a przecież nie będę bawić się w ctrl c ctrl v.

Będzie mi trudno zmienić bieg rzeczy, ale teraz JA. Reszta później, jeśli mnie dogoni.

milczenie jest złotem

Intensywny weekend fotorelacja ;)

A zaczęło się w piątek od koncertu w galerii u Jadźki. Wybrałyśmy się z Siostrą, póżniej doszły Kojaki ;)

Dużo ludzi się zeszło na koncert, w końcu był za darmo… i kto by nie chciał zobaczyć Żydów? ;P

Tak się cieszę z pobytu w zg, że nie kontroluję mimiki ;P

Portret rodzinny Kojaków :)

A tu już sobota – mieszkanie siostry i wielkie przygotowania do tortowej premiery: W roli głównej smerfy, biszkopt i malyny.

Śmierć smerfów w kąpieli wodnej przedstawiona w trzech zdjęciach…

Die!

Mam Cię – zjem Cię ;D

Po połączeniu smerfnej kupy….

i reszty składników…

Wyszło oto takie piekne dzieło :) I pragnę tutaj dodać, że nie ma nic łatwiejszego na świecie niż zrobienie masy curkowej na tort… No dobrze łatwiejsze było doprowadzenie do niepodległości Polski. Aaaaale… wyszło? wyszło! I było pyszne ;D

Nasz jubileuszowy chlor ;)

I zasłużony medal :D 100lat Bercik! ;D

Gargamel i jego ulubiony smerf ;D

Nie, to nie była normalna impreza, ale za to barrrrdzo pozytywna ;)

Jeszcze parę zdjęć z środowego wypadu do Strasznego Dworu i jakieś wygrzebane starocie. Ten tydzień był ogólnie czasem wspominek i powrotów do przeszłości, ale też pojawiło się kilka planów na przyszłość. Kto wie, czy nie czeka mnie jeszcze w tym roku przeprowadzka do Warszawy… w sumie nic nie stoi na przeszkodzie. A ja w końcu pragę odnaleźć przede wszystkim siebie, no i ewentualnie szczęście później ;) Ale najpiękniejsze jest to, że wiem, że zawsze mogę wrócić.

Ciężkie rozmowy… o życiu… i kobietach ;) z Janem.

Wyslij SMSa o treści POMAGAM na nr 511 74 23 25 ;P

Ponoć powinno się odwzajemniać uśmiech losu – przereklamowane ;)

To by bylo na tyle z podsumowań weekendowych. Został mi ostatni tydzień urlopu i wracam do Krakowa zmagać się… Bo podjęłam decyzję i z problemem muszę stanąć twarzą w twarz. o!

A tak w ogóle to zmieniłam kolor włosów na platynowy blond.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.