Music Cafe – Święto młodego wina

This Beaujolais Nouveau, chosen for its fruit and alegance, was drawn very early. Served cool, it has all the charm and appeal of its youth.

Joseph Drouhin

Tymi słowami przywitał mnie liścik, znajdujący się na jednym ze stolików niedawno powstałego klubu Music Cafe. Wszyscy, którzy zaliczyli podstawowy kurs języka królów domyślą się, że chodziło o młode wino bożole. I proszę nie mylić tego trunku z siarkowanym napojem winopodobnym, dostępnym na najniższej półce każdego sklepu monopolowego.

Krótko o winie. Beaujolais występuje najczęściej jako czerwone wino francuskie, z regionu o takiej samej nazwie, na północ od Lyon we Francji. Produkowane jest z odmiany winogron gamay, dawniej pinot noir. Wino to, dzięki przyspieszonemu procesowi fermentacji jest gotowe do spożycia już po sześciu tygodniach. Charakteryzuje je cierpki, lekki smak. Można je określić mianem “wesołego” wina, również przez nastrój, który wprowadza, już po opróżnieniu kilku butelek.

Lubuscy winiarze również zorganizowali święto młodego wina, właśnie w Music Cafe. Jak tradycja nakazuje, event odbył się w czwartek. Zaprezentowano wina z lubuskich winnic m.in. z Winnicy na Leśnej Polanie, Winnicy Kinga, Winnicy Miłosz. Gwar i wesołość nie ustawały ani na chwilę. Atmosferę dodatkowo umilał duet Ewy i Wojciecha Jaske, którzy w każdy czwartek grają dla gości Music Cafe. Miłośnicy dobrej muzyki, na pewno znajdą coś dla siebie.

Nie zapominajmy o samym klubie. Music Cafe znajduje się przy ulicy Kościelnej 2 w Zielonej Górze. Lokalizacja jest zaiste świetna, bo w samym centrum. Wystrój klubo-kawiarni robi ogromne wrażenie. Pomieszczenia są przestronne, przytulnie, ale dobrze oświetlone. Klub posiada dwie sale. Obie urządzone ze smakiem. W jednej kawiarniane stoliki i krzesła, w drugiej wygodne, duże sofy.

W menu klubu mamy różnorodność przekąsek i napojów. I tu pojawia się “ale”. Zamówiłam dużą waniliową latte. Dostałam taką, jaka zwykle jest podawana w kawiarniach, więc dochodzę do wniosku, że mała podawana jest w filiżance do espresso. Po drugie kawa ta nie przypominała latte, a raczej rozpuszczalną zalaną mlekiem. Zero piany “na dwa palce”, nie miała warstw, nie widziałam syropu na dnie, a jedynie drobinki kawy, co świadczy o kiepskim czyszczeniu ekspresu. No i ceny. Rozumiem, że chodzi o odstraszenie potencjalnych klientów, stojących pod budką z piwem, ale nie zapominajmy, że Zielona Góra stoi studentami, a z definicji nie są oni rekinami biznesu, bawiącymi się “w naukę”.

Klub ma dwa wejścia, co jest znacznym ułatwieniem, tym bardziej, że przejście przy strefie baru, gdy siedzą goście, to jak spacer po linie. Kelnerzy z pełną tacą muszą poruszać się z gracją godną primabaleriny, aby nikogo nie potrącić/oblać/oparzyć. To, z czym nie spotkałam się do tej pory, to ogólnie panujący zakaz palenia do godziny 18tej. Trzeba jednak przyznać, że miejsce to jest na tyle wytworne, że pierwszego papierosa zapaliłam z lekkim speszeniem. Ale tylko pierwszego.

I uwaga na odzież wierzchnią! Music Cafe w całej swojej świetności proponuje wieszaki jedyne w swoim rodzaju: w formie kolan gości, albo krzeseł, na których nieboraki siedzą. Brak szatni, wieszaków, czegokolwiek, co mogłoby sprawić, że będziemy spokojnie siedzieć i delektować się kawą, bez myślenia o tym, co i z kim robi teraz nasza kurtka…?

Klub reklamuje się również imprezą cykliczną o nazwie Before Clubbing & Cocktail Party, czyli wszystko, co powinno pozytywnie nas nastawić na weekendowy clubbing. Muzyka funk, soul, disco i house w każdy piątek i sobotę od godziny 18.00. Można przyjść, posłuchać i… posłuchać. Tańczenie? Zapomnijcie. Nie ma gdzie. Chyba, że w przejściu do toalety, ale ponoć nie liczy się gdzie, tylko z kim. No i że wstęp wolny.

Music Cafe w skrócie:

Plusy:

+ rewelacyjny wystrój i klimat,

+ dostęp do Internetu,

+ świetne miejsce na lunch, kawę z przyjaciółką, imprezę okolicznościową ,

+ centrum miasta,

+ bardzo dobra muzyka,

Minusy:

- ciasne przejście między stolikami a barem,

- nie ma miejsca do tańczenia,

- umywalki w toalecie na wysokości jak dla przedszkolaka, brak lustra w męskiej

- dość wysokie ceny, nieczytelne menu,

- brak miejsca na odzież wierzchnią,

Nadzieje:

* magiczne i spontaniczne pojawienie się wieszaków,

* aranżacja małego miejsca do tańczenia,

* poziom obsługi wyższy, niż u kelnerów w Sphinksie – więcej uśmiechu, mniej oczywistych (dla nich) oczywistości

Myślę, że nieraz tam jeszcze zawitam. Szczerze polecam wszystkim odwiedziny – zwłaszcza w czwartki.

Naturalna selekcja

Taka refleksja mnie przed chwila naszła…

Wszyscy są przerażeni, wielka panika.

Najbardziej boją się Ci bogaci, bo im nigdy nie groził głód ,który codziennie zabija tysiące ludzi. Boją się grypy, która może dopaść każdego.

W końcu jakaś sprawiedliwość.

Galerianki na cmentarzu

Zacznę od tego, że już od kilku lat chodzi mi ten temat po głowie, jednak nigdy jakoś nie chciało mi się zabrać za to, aby wszystkie te myśli zebrać w całość i przelać “na papier”. Może fakt, że pracuję w branży z odzieżą kobiecą i fakt, że bywam na cmentarzu mnie do tego zmusił.

Jest dzień “przed”. Kobieta (nazwijmy ją normalną Anią) jest w pracy, tudzież w domu, jedzie na cmentarz do bliskich, aby uporządkować pomnik z liści, kurzu itd., być może jest w drodze do innego miasta, być może po pracy poszła na drinka ze znajomymi, być może opiekuje się dzieckiem, gotuje obiad dla męża. Po prostu zachowuje się typowo. Drugi typ kobiety (nazwijmy ją galerianką Anią) od rana snuje plany w jakiej kolejności odwiedzić poszczególne galerie handlowe. Bo widzisz, drogi czytaczu, galerianka Ania jedzie na zakupy, aby pokazać się na cmentarzu. I nie jest ważne, że tych butów/płaszczyka (z koziej dupy) nigdy już więcej nie założy. Ma być lans.

Galerianka Ania pędzi po znanych jej sklepach z butami i odzieżą w poszukiwaniu tego jednego jedynego płaszczyka, tej jedynej pary butów wśród stu tysięcy podobnych/ takich samych, tyle, że w różnych cenach. Nasza bohaterka ma szał w oczach, dzikość w gestach i niewyparzony język, gdy zwraca się z roszczeniem (nie, nie prośbą) do ekspedientki. Zabawne, jak bardzo jakieś święto może zaćmić i tak już ciemny umysł naszej Ani.

zakupy1

Galerianka Ania niecierpliwi się przy wejściu do przymierzalni. Trzyma w ręce modną torebkę, przez nią przewieszoną ma puchatą, równie modną krótką zimową kurteczkę, obie ręce starają się utrzymać naręcze wieszaków i rzeczy skrupulatnie wyselekcjonowanych. Ania, wchodząc do galerii dostaje taki “wstrzyk” adrenaliny, że potrafi unieść odzież dwukrotnie przekraczającą wagę jej samej. Dzwoni telefon. Dj Tiesto rozbrzmiewa wesoło na cały sklep. Wszystkie panie oglądają się. Ania odbiera swoją różową motorollę z klapką i “nawija”. W tym miejscu można byłoby wstawić reklamy, ale nie jestem TVNem i szanuję Twój czas. W skrócie. Ania umówiła się z psiapsiółkami na “haliłinowe balety”. Ale zastrzegła, że więcej jak pół litra dziś nie pije, bo: “rano wiozę rodziców przecież na cmentarz…helooooł.”

Wszystkich Świętych

Normalna Ania spędza czas na porannej toalecie, je z rodziną śniadanie, szykuje dzieciom ciepłe ubranka (w końcu jest tylko jeden stopień powyżej zera), pakuje znicze i powoli rusza na cmentarz, by uczcić pamięć najbliższych.

Galerianka Ania wstaje. W głowie jeszcze jej się kręci, oczy skleja niezmyty makijaż. Stara się przeanalizować wczorajszy wieczór. Dzwoni do swojej psiapsiółki, rozmawiają godzinę o nowych kosmetykach, drugą godzinę o tym, że to nie w porządku, że wszystkie sklepy są dziś pozamykane i nie ma gdzie się spotkać, by przeanalizować na spokojnie co wczoraj się wydarzyło. Trzecia godzina jest o tym, co założą na cmentarz. Ania nie je śniadania, pije tylko mocną kawę, ubiera się w to, co zakupiła dnia poprzedniego i jedzie na cmentarz. Cudem udaje jej się znaleźć wolne miejsce na parkingu. Oczywiście samochód stawia tak, że zmieściłyby się dwa. Ale to jest Ania. Ona teraz wkracza do akcji. Nad grobem dziadka wita się z całą zebraną rodziną. Cholera, obcasy ma całe w błocie i poszło oczko w kabaretkach. Udaje, że się tym nie przejmuje, kątem oka lustruje wszystkie kuzynki i w duchu dziękuje bozi, za to, że jest ładna, zgrabna i że nie jest takim bezguściem jak one…

Na to wszystko patrzę ja, ubrana w czarne jeansy, sportowe buty, cieplutką zimową kurtkę z “miśkiem”, otulona szaliczkiem od babci. Ania patrzy na mnie z niechęcią, ja “oddaje jej” kpiącym uśmieszkiem i szukam czerwonego dywanu, by móc jej rozłożyć pod nogami. Takich jak ona jest w tym momencie multum. Smutne. Jeszcze smutniejsze jest to, czy Pan Tadziu z czwartej kwatery po prawej cieszyłby się z odwiedzin wnuczki czy z tego, że za jego rentę kupiła sobie nowe kozaczki.

A tu jeszcze foto z sesji YSL dla wszystkich emo nastolatek, które zawsze o czymś takim marzyły. A później na NK. A o “paleniu zniczy” w necie nawet nie chce mi się rozwodzić.

77_3

15.00 dobra godzina, by zapalić sziszę.

—————————————————————-

Mam nadzieję, dziadku, że Ty byłbyś ze mnie dumny.

Shisha Pub – Zielona Góra

Marzy Ci się spokojne urodzinowe przyjęcie w gronie najbliższych? Chcesz umówić się z przyjaciółką na plotki w miejscu niecodziennym? Lub po prostu masz ochotę poczuć się choć przez chwilę jak w krajach orientu i zapalić fajkę wodną? Dobrze trafiliście. Shisha Pub na ulicy Drzewnej w Zielonej Górze jest takim miejscem.

5

Shisha Pub jest pierwszym lokalem w Zielonej Górze stawiającym na pasjonatów shishy i orientalnych klimatów, nie będący przy tym klubem muzycznym (tak jak Lemoniada). Tak się złożyło, że znalazłam się na otwarciu pubu. Od wejścia przywitał mnie charakterystyczny zapach dymu z fajek, przytulny wystrój, ciepłe kolory i gwar charakterystyczny dla prawdziwych pubów. Jedna sofa, jeden stolik, dwie skórzane i trzy drewniane loże oraz jak gdyby chillout room z niską ławą dywanem i mnóstwem poduszek. Fantastyczna sprawa, ale nie na dłuższy czas. Właśnie tam było dane mi siedzieć. Wszystko fajnie, ale po pierwszej godzinie skończyły mi się pozycje, w których mogę ulokować nogi. No i wstać jest o wiele ciężej, zwłaszcza pod wpływem napojów rozweselających.

12

Muzyka była spokojna, nie przeszkadzała rozmowie i ogólnej wesołości panującej w tym klubie. Klimat sprzyjał długim dyskusjom o życiu i śmierci… Należy przyznać, że ceny są przyzwoite, oraz przewidziane są różnego rodzaju specjalne okazje. Choćby teraz, w pierwszym tygodniu funkcjonowania baru, shisha jest za 10zł. Pub nie jest duży, raczej można powiedzieć, że przytulny. Sprzyja to poznawaniu nowych osób choćby przy barze. Przejście jest wąskie i nie sposób się nie otrzeć o kogoś ;)

1

Teraz czas na ocenienie obsługi. Szczerze? Jeszcze nigdy tak miłej, uśmiechniętej i uczynnej nie spotkałam w żadnym pubie. Błyskawiczna obsługa, świetne drinki. Dzięki nim w pubie czuje się rodzinną atmosferę, która przyciąga. Miałam okazję posiedzieć chwilę przy barze i poobserwować. Nie mogę przyczepić się do niczego. No może do tego, że nie ma różnorodności wśród alkoholi, ale to do czasu. Przecież dopiero się rozkręcają.

11

Żeby jednak nie było tak kolorowo, czas na małe podsumowanie:

Plusy:

  • przede wszystkim klimat
  • możliwość dyskutowania bez przekrzykiwania się nawzajem
  • rewelacyjna obsługa
  • przystępne ceny
  • centrum miasta

Minusy:

  • maleńka toaleta, w dodatku koedukacyjna
  • strasznie duszno, wentylacja nie jest wydajna
  • lampa która wisi tuż przy barze – byłam świadkiem jak parę osób zaliczyło potężnego dzwona waląc o nią głową

Nadzieje:

  • mam nadzieję, że pub zyska na popularności swoją oryginalnością i przytulnością.
  • karta stałego klienta – dla mnie oczywiście, ze specjalnymi ofertami, bo wiem, że nie raz tam zagoszczę.

Ogólnie to gratuluję pomysłu i wykonania. I zapraszam serdecznie wszystkich spragnionych aromatycznego gęstego dymu i dobrych alkoholi.

Wszystkie fotografie zostały wzięte z serwisu pubu: www.shisha-pub.pl

L4 – uroki part 2

Zaczynając od tego, że wcale tak uroczo nie jest (duszący kaszel w nocy), przejdę do wymieniania przyjemniejszych rzeczy, których jest o wiele, wiele więcej :)

  • przede wszystkim śpię do oporu (biorąc pod uwagę wspomniane wcześniej nocne igraszki z suchym kaszlem, sen się wydłuża do godzin południowych),
  • po domu przemieszczam się ubrana jak sułtan z lumpeksu, tudzież 40letnia stara panna z warzywniaka – bardzo sexy.
  • pory na mojej twarzy mogą w końcu odpocząć od tapety, dzięki czemu pojawienie się kopalni odkrywkowej na moim licu jest znikome.
  • gąszcz włosów może frywolnie latać mi po łbie we wszystkich możliwych kierunkach – bez obawy, że zostanie uciśniony przez bezlitosnego generała Badyla, dla wtajemnicznonych, znanego pod pseudonimem “Prostownica”.
  • nadrabiam wszelkie możliwe filmy. Te wcześniej oglądnięte i te całkiem “świeże”. Ze staroci m.in: A walk to remember – film w sumie chyba kierowany do młodzieży, z jakże banalnym scenariuszem: on jest popularny, ona szara mysz, on nabroił i musi to odrobić społecznie, spotykają się na zajęciach teatralnych, wielka miłość, on się zmienia, ona jest chora na białaczkę i inne sranie w banię. Mimo to za każdym razem ryczę jak bóbr. No i oczywiście, że ona umiera :D Drugim filmem, który nigdy mi się nie znudzi jest Van Helsing – oczywista o wampirach, wilkołakach i zawadiackim kolesiu w kapeluszu. Fabuła lekka i przyjemna. Muzyka – rewelacja. Ok. Przyznaję bez bicia – uwielbiam wampiry i wszystko, co z nimi związane. Fascynują mnie w pewien sposób.

van-helsing

  • Słucham “Zmierzch” w postaci audiobooka. Nie wiem czy powinnam się oficjalnie do tego przyznawać.. Szczerze, wolę słuchać syntetycznej czytanki jaką uracza mnie Eva z Exprossivo, niż niszczyć sobie oczka czytając e-booka. Nie to, żebym “znerdziała” do reszty, jednak z powodu braku środków, jestem zmuszona iść po najmniejszej linii oporów. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że po stokroć wolę książki od filmów.
  • Gotuję obiady. Na ten temat rozpisywać się nie będę. Wspomnę tylko skromnie, że gotuję znakomicie – mam to po siostrze :D
  • Robię na drutach. Tak. Na drutach. W przyszłości myślę też, aby opanować sztukę szydełkowania. Ale to później.
  • Skoro już zachowuję się jak kura domowa, to zastanawiasz się pewnie czy sprzątam równie ochoczo. Niespodzianka. Nienawidzę sprzątać. Tzn. u siebie nienawidzę. U znajomych z wielką chęcią, nawet zbytnio nie trzeba nic mówić, sama ochoczo zabieram się do roboty. U siebie natomiast, robię to w chwili, gdy wewnętrzny leń mojego wewnętrznego lenia nie może patrzeć na to, że traktuję swój pokój po męsku.

Dla oczyszczenia aury palę kadzidełka i papierosy. I w tym momencie słyszę głośne buczenie od strony publiczności… Nie można być ideałem. A ja kocham swoje nałogi i jestem im wierna.

Tymczasem wracam do zapomnianej mi już, przez pracę w odzieżówce, sztuki, zwanej malowaniem paznokci.

Realia w przychodniach

Tak się złożyło, że wizytę u doktora Noska miałam na 17.50. Nie jest on moim rodzinnym lekarzem. Niby specjalista reumatolog. Byłam ostatnią jego pacjentką w tym dniu i nie wiem, czy to jego zmęczenie, czy też jego ogólna niechęć do ludzi sprawiły, że odebrałam go jako starego antypatycznego lekarza. Po przywitaniu rzucił krótkie: “co jest?” miałam ochotę powiedzieć, że “gówno jest”, ale tak fatalnie się czułam, że zmusiłam się do wyrecytowania znanych mi dolegliwości: ostry, duszący kaszel, łamanie w kościach, zatkane zatoki. Dodałam jeszcze, że dwa tygodnie temu dopiero co wyleczyłam się z ostrego zapalenia ucha, które ciągnęło się prawie miesiąc. Oczywiście było pytanie dlaczego przychodzę do niego. Zdusiłam w sobie, że mój rosyjski znachor ma urlop, więc się zdałam na polską służbę zdrowia.

ANDRZEJ_MLECZKO_U_LEKARZA

“Rozebrać się” – rzucił zdawkowo, wskazując ręką na kozetkę.  Posłusznie zrobiłam to zastanawiając się czy nie zbura mnie zaraz za kolor lakieru do paznokci albo w innej jakże “istotnej” sprawie. Stwierdził, że się lekko “podziębiłam”. Zabawny był wyraz jego twarzy gdy chwilę później zaczęłam się dusić od kaszlu, nie mogąc złapać powietrza. Oczywiście nie przyznał się do błędu. Zrobił tylko minę w stylu “leczę ludzi, których boli w kościach – nie mogę Ci pomóc – jestem koniem”. Nic nie powiedziałam. Wypisał mi oczywiście Biseptol(na odkażenie) i jakieś inne cudawianki. Dobrze, że to nie wojsko i obyło się bez lewatywy… Wyrecytowałam NIP. Zabrałam moje L4 i wyszłam w pośpiechu.

Refleksja jaka mnie nachodzi po tej wizycie jest dość smutna – czas wertować książki medyczne i leczyć się samemu, lub czekać, aż stare konowały umrą lub odejdą na emeryturę i pokładać nadzieję w nowej, młodej krwi studiującej medycynę.

L4 – uroki

Nie wiem jeszcze czy takowe istnieją, przekonam się jutro na przykład. Ale osobiście chorować nie przepadam.

Przynajmniej będę miała czas na dokończenie kilku książek i filmów.

Właśnie spojrzałam przez okno i przyglądając się poczynaniom pewnej niewiasty w jej czerwonym Matizie, stwierdzam dokumentnie, że niektóre kobiety prawo jazdy nie powinny posiadać. Aż wstyd być kobietą w takich momentach.

Patrzę w lustro na odbicie moich mętnych oczu i stwierdzam jednoznacznie. Tak. Ja, Tatiana Dudek jestem chora. Pierwszy raz od kiedy pracuję idę na L4. Ostatnio łamię wszelkie zasady hehehe.

nowy kolor

Oto i on! ruda czekolada :D

102109234022

Moja przygoda z PSP

Krótka notka o tym, że kobiety też grają i też lansują znanym i lubianym przez panów sprzętem (broń bogowie, że niby mowa o ich klejnotach).

PSP ma same zalety:

  • gry
  • Wi-Fi
  • filmy
  • muzyka

wszystko na wyciągnięcie ręki. I może wg niektórych to brzmieć jak tania reklama, ale kto nie miał nigdy PSP, to nie zrozumie jak łatwo można stracić poczucie czasu… co pięć minut powtarzając: ” Jeszcze jeden kawałek”, “Jeszcze jeden level” itd. itd.

Tu, na filmiku se mua. Gram w moją ulubioną grę póki co. Dj Max. Akurat jest to DM Black Square, za którym najmniej przepadam. No dobrze. Tak naprawdę to chciałam się tylko pochwalić. Na temat gier – już tak profesjonalnie wypowiadają się Panowie, których macie po swojej prawej stronie w linkach ;) To by było na tyle w sumie dziś.

Klub Studencki Straszny Dwór – mini recenzja.

Myśląc o swoim wymarzonym miejscu do zabawy i spotkań z przyjaciółmi mam przed oczami duże loże z czerwono-waniliowymi sofami, nastrojowe światło, wielki parkiet ze świetną muzyką, przestronną toaletę i w miarę przystępne ceny.

Mówiąc, że Straszny Dwór jest moim ulubionym klubem studenckim w mieście, niekoniecznie jest tak, jak w moim śnie. Straszny Dwór (dalej nazywany Strasznym)  jako klub pod tą nazwą istnieje od kilku lat. Wcześniej miał różne oblicza, jednak mój wiek nie pozwalał na eksplorowanie parkietu w sposób, który byłby w stanie zaspokoić dziecko z gimnazjum conajmniej. Winni są temu oczywiście rodzice, spełniający swe obowiązki wobec dziecka (max godzina 22).

234839

Straszny nie jest dużym klubem, mimo to ma swój klimat. Ściany obite są złotym suknem, oświetlenie jest nastrojowe. Parkiet do tańczenia jest w sam raz do liczby przebywających w nim osób. Miejsce siedzące zawsze się znajdzie. Czy to przy barze, czy w loży, bądź przy parkiecie. Mówiąc loże mam bardziej na myśli “przedziały”, w których mieści się max do 7 osób. Loże usytuowane są w tyle klubu, co pozwala na przeprowadzenie rozmów z towarzyszami podróży. Mało wykonalne jest to na fotelach w głównej sali przy parkiecie.

Straszny ostatnimi czasy przechodzi kosmetyczne poprawki w formie powiększenia szatni, liftingu baru i ma jeszcze powstać strefa dla palaczy, co uchroni tych biernych od wdychania i śmierdzenia (ale to już w zależności od częstotliwości mycia się – wszyscy, którzy mieli okazję zwąchać “przykre zapachy” na parkiecie wiedzą o co mi chodzi).

Na obsługę narzekać nie można. Rzetelna, zorganizowana oraz kulturalna wprost proporcjonalnie do poziomu kultury konsumenta, co w moich oczach jest wielkim plusem. Ochroniarze również są niezawodni. W odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Zapomniałam jeszcze wspomnieć, że robią rewelacyjne drinki – barmani, nie ochroniarze :P.

Repertuar muzyczny oraz kulturowy Strasznego jest wieloraki. Od imprez studenckich, przebieranych, okazjonalnych, przez koncerty znanych wykonawców oraz spotkania filmowe. Każdy znajdzie coś dla siebie i to w przystępnej cenie. Nie mówię oczywiście o papierosach, których cena dawno przestała być przystępna, ale to już temat na inną notkę.

To, co w Strasznym mnie straszy to toaleta. Przy jej małej powierzchni (na szczęście podzielona na damską i męską) trudno zapanować jest nad czystością oraz suchością, co odbija się niestety na całym klubie, ponieważ zdarza się, że toaletę czuć jest tuż przy wejściu.

Mimo wszystko, jeśli ktoś ze znajomych daje mi do wyboru miejsce, w którym spędzamy wieczór, bez wahania wybieram Straszny. Wiem, że za ten klub studencki jako mieszkanka Zielonej Góry wstydzić się nie muszę. Myślę, że po remoncie będzie jeszcze lepiej i będę mogła znów piać peany na cześć klubu.

Reasumując

Plusy:

  • przystępne ceny,
  • ciekawe imprezy,
  • przyjazna atmosfera,
  • zauważalny ciągły rozwój.

Minusy:

  • Niewydajna toaleta,
  • Nie ma możliwości porozmawiania z towarzyszami, przy jednoczesnym obserwowaniu pląsającego stada na parkiecie,
  • Osoby, które idą tam pierwszy raz mogą mieć problemy z dotarciem, ze względu na to, że klub nie wyróżnia się z zewnątrz, znajduje się w bocznej ulicy i jest schowany za mini parkiem.